Za nami Pierwsza Wiosenna Wyprawa. W trakcie przypominała bardziej drogę przez mękę, niż relaks na łonie natury…A dlaczego? Bo pragnienia dzieci nie zawsze pokrywają się z pragnieniami rodziców, w tym przypadku, żeby dojść do Port Soderick. Zapamiętajcie to sobie, drogie przyszłe i teraźniejsze mamy i tatusiowie as well. Ale warto było, co niniejszym zdjęciami – AUTENTYCZNYMI – potwierdzam:

zaczęlo się niewinnie, a tu nagle wiatry,takie,jaki tylko TU wyć potrafią rozwiały z wędrowania radość i dzieci popłoszyly..

Pierwszy przystanek, oj długo długo po wyruszeniu. Może tego nie widać, ale nadal wieje – i to jak! Jemy ciasto bananowe, co to je dzielna Babaaga upiekła poprzedniego wieczoru. Jaś puszcza z wiatrem wafle ryżowe…

a tak wyglądamy z daleka daleka, ja i Marta i dzieci dwoje,nawet niewidocznych z tej odleglości

morze:)

idziemy niezłomnie, ale to raczej tylko dlatego, ze nie mamy wyjścia, za daleko od początku…wiatr wieje, dzieci wytrwale warty zmieniają w płaczu..

ale wreszcie!!! i drzewa…

..i woda..

..i wiatr poszedl, dzieci sie cieszą, a my z nimi. Pięknie tu!!!

na plażyczce, żyjemy huraa!! i mamy transport do domu!!
no i sielanka, radość, dwoma słowami – HAPPY END!

ostatni rzut oka na morze…

na zakończenie zakończeń, specjalnie dla Basi, PawełSowa:)










